Stało się! Życie nam się przewróciło do góry nogami!
Co więcej- powoli spełniają się nasze marzenia, te małe i te większe! Nie jest lekko, ale czy ktoś mówił, że będzie? :)
Mieszkamy na wsi! A właściwie za wsią ;)Po długiej nieobecności i spokojnym (jak na nas) życiu w mieście wynieśliśmy się na swego rodzaju zaścianek!
Nie wstajemy bladym świtem, jak przystało na rolnika z krwi i kości, ale jak dla mnie 7 czy 8 to też baaardzo wcześnie. Mamy tyle pracy, że póki zwierzyniec nie dostanie kolacji
jesteśmy cały czas na nogach. Dużo roboty. Wiosenne porządki. Doprowadzenie gospodarstwa do stanu używalności. Remonty. Napięte terminy. Dzieje się!
I tak przyszła wyczekiwana niedziela...
Bo wiadomo- na wsi niedziela dzień święty! :P
Największy dylemat jest zawsze w czasie sianokosów i żniw- robić czy nie robić? Dziadek odkąd byłam dzieckiem przy takich rozterkach wspominał proboszcza z pewnej podlaskiej mieścinki, który po mszy powiedział mieszkańcom, że nie grzechem jest pracować w niedzielę jeśli plony mają się zmarnować. Choć większość rolników wyznawało zasadę "co Bóg zmoczy Bóg wysuszy". Oczywiście domyślacie się, że to nie z lenistwa a z wiary, która podejrzewam, że po dziś dzień jest silna, zwłaszcza na wsiach! I żeby nie było- ja nie mieszkam na wsi od malucha, nawet bliskiej rodziny na wsi nie miałam. Dla mnie to też wszystko było nowe i dziwne. Ale to jest niesamowity klimat!
Antoni na początku nie mógł się pogodzić z wolną niedzielą. Jak wpadaliśmy na weekendy uważał to za marnowanie czasu. Nic nie dawały tłumaczenia w stylu "co ludzie powiedzą" lub "na taczce Cię z wioski wywiozą". :) Teraz kiedy codziennie padamy zmęczeni przed 22 i On traktuje ten dzień jak święto!
I tak w poprzednią niedzielę udało nam się pospać nawet do 9. Już planowaliśmy błogie lenistwo i leżenie brzuchem do góry lub chociaż spacer, ale nie!
Przez przypadek (bardzo mocno związany z naszym kumplem) wylądowaliśmy w polu, jakieś 70 km od domu kopiąc... topinambur!
Żeby go 'zdobyć' trzeba było wyrwać długie, uschnięte badyle a następnie zebrać plon - małe bulwy topinamburu, fachowo zwanego- słonecznikiem bulwiastym. Mówią, że jest super zdrowy! Polecany cukrzykom (sprawdzimy to dokładniej, popytamy mądrych ludzi i spróbujemy podrzucić znajomemu cukrzykowi)! Z dobrych źródeł wiem też, że smakuje dzikom. :)
Całą bandą wybieraliśmy z gleby nikomu nieznane warzywo. Muszę podkreślić, że pogoda była bardziej jesienna niż wiosenna. Osobiście przemarzłam mimo naciągniętych w biegu skarpet. Moje wybrakowane rękawiczki przyczyniły się do dużego przemytu ziemi nie tylko pod paznokciami, ale i w aparacie. Większość z ekipy jechała z 'partyzanta', niektórzy nawet nie do końca wiedząc po co i na co. Jednak mieliśmy przewodniczkę, która rozpływała się na zaletami podejrzanej jarzynki. Trochę agroedukacji podczas pracy! I oczywiście same plusy! :)
Obładowani bulwą wracaliśmy do domu ucząc się trudnego słowa - T O P I N A M B U R ;)
Takie rekreacyjne wykopki!
Przy najbliższej wolnej chwili upichcę coś ambitniejszego! Na pewno warto poeksperymentować!
Doszły nas słuchy, że o topinamburze jest ostatnio głośno. Ceny w sklepach kosmiczne. Porządny bloger powinien pochwalić się przyrządzeniem tego modnego warzywka. Tak więc jako porządni blogerzy wykopaliśmy/ wygrzebaliśmy kilka porządnych kilogramów tego złota :)
Polecam spróbować!
Ściskam
M!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz